Gościem 108. Studni Kulturalnej Jasielskiego Domu Kultury był dr Edward Marszałek, autor książki „Lutek, co miał szałas na połoninie”, poświęconej Ludwikowi Pińczukowi, legendarnemu gospodarzowi „Chatki Puchatka”. Spotkanie szczególnie zainteresowało jasielskich miłośników turystyki, często wędrujących po Bieszczadach.
- Tematem naszego spotkania jest Ludwik Pińczuk, osobowość, osobistość bieszczadzka. Urodził się w II RP w 1938 roku w Kunowej, miejscowości położonej w dzisiejszej Bośni i Hercegowinie. Była to wieś zamieszkana przez Polaków, przesiedleńców z Galicji, których zaprosił w tamte strony cesarz Franciszek Józef. Wśród emigrantów znalazł się pradziadek Pińczuka, który był kowalem. Rodzinie wiodło się dobrze na emigracji, jednak po wojnie wróciła do Polski - mówił Edward Marszałek, rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie, przyrodnik, regionalista, goprowiec, autor wielu książek i setek artykułów prasowych, Mistrz Mowy Polskiej 2014. - Lutek pochodził z rodziny wielodzietnej, dlatego szybko podjął pracę zarobkową jako górnik, gdyż ten zawód zwalniał ze służby wojskowej. Podczas pierwszego urlopu pod koniec lat 50. XX wieku wyjechał w Bieszczady, skuszony możliwością dobrego zarobku przy letnim zbiorze runa leśnego.


Wracał przez kolejne trzy lata, aby w roku 1961 zostać w Bieszczadach już na stałe. Zamieszkał w piwnicy - ziemiance w Berehach Górnych. Odwiedził go tam m.in. młody leśnik Wojomir Wojciechowski, późniejszy dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Razem wymyślili, że dla turystów warto wspólnie z PTTK zorganizować noclegi w Berehach i zagospodarować domek na Połoninie. Gdy Lutek w 1964 roku dotarł na Połoninę chatka była zniszczona. Najpierw gospodarowali w niej harcerze, ale to Pińczuk zrobił z tego miejsca prawdziwe schronisko. W tamtym czasie stał się sławną nie tylko w Bieszczadach osobą. To o nim śpiewał na festiwalu opolskim Tadeusz Woźniakowski w piosence „Ballada bieszczadzka”; zjeżdżali do niego fotoreporterzy i dziennikarze, a w 1966 roku wychodzący w dwumilionowym nakładzie „Świat Młodych” zamieścił artykuł pt. „Kowboj z Połoniny Wetlińskiej”. Jak zaznaczył gość studni, Lutek z koniem Karo był już celebrytą, odwiedzanym przez różne znane osobistości.


- PTTK w 1967 roku nie przedłużyło z nim umowy. Lutek, świeżo upieczony małżonek wyjechał z żoną do Cieszyna, urodziła im się córka Sawa. Było to bardzo głośne wydarzenie. Przeglądając starą prasę turystyczną, od „Światowida” przez „Na przełaj” po „Turystę”, wszyscy piszą o tym, że Lutek zimą 1967 roku ma już zgromadzone wszystkie materiały. Czy jest szansa, że się dogada z PTTK? Nie dało się - wspominał Marszałek, opowiadając o kolejnych zajęciach Pińczuka, który w latach 1968 - 1972 m.in. sprzedawał pamiątki na przełęczy oraz był ratownikiem Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, w 1973 roku objął kemping w Ustrzykach Górnych, a jesienią 1982 r. - w okolicy późniejszej dyżurki GOPR - zbudował z płyt wiórowych niewielką chatkę pod Tarnicą, w której mieszkał przez prawie pół roku. W 1986 roku Lutek wrócił na Połoninę Wetlińską i wyremontował Chatkę Puchatka. Gazdował w niej do 2016 roku. Obecnie mieszka w Wetlinie. Wprawdzie nie ma już z okien takiego widoku jak kiedyś, ale codziennie spogląda na Hnatowe Berdo.


- Schronisko jest dzisiaj rozebrane. Od maja tego roku trwa jego przebudowa. Wierzę, że na jego ścianę trafi ponownie tablica poświęcona zmarłym ratownikom grupy GOPR, zwłaszcza tym, którzy tam całymi miesiącami pełnili dyżury. Trzy dni przed rozebraniem Chatki Puchatka reporterka TVN-u, Joanna Radziszewska namówiła Lutka Pińczuka do ponownego wjechania na połoninę - relacjonował E. Marszałek. Nie omieszkał również wspomnieć o miłości Lutka do psów, m.in. Pruta i Hnata oraz o zmianach, jakie nastąpiły w bieszczadzkiej turystyce przez dziesięciolecia. Swą barwną narrację ilustrował licznymi zdjęciami, a wspominając jak powstała książka, stwierdził: - Spotkaliśmy się z Lutkiem w styczniu. Wtedy powiedziałem: w ciągu roku może uda się ją napisać. I przyszedł covid. Wszystko zamarło. Ja miałem cały urlop niewykorzystany, a Lutek nie bał się koronawirusa, bo on się niczego nie boi. No i usiedliśmy nad tymi opowieściami. Miałem trochę szczęścia, bo Lutek otworzył się, a potem otworzył swoje skrzynki, które trzymał zalepione taśmami budowlanymi przez wiele lat. Tam były opisane różne historie, zdjęcia, wycinki z gazet, rodzinne zapiski i trzy zeszyty, właściwe bardzo małe notatniki. Jeden to był taki mały notatnik akademicki przecięty siekierą na pół - opisywał Edward Marszałek, który na zakończenie spotkania chętnie rozmawiał z miłośnikami gór oraz podpisywał egzemplarze swojej najnowszej publikacji.